VOYAGE----AFRYKA
Dalej niż Timbuktu
W samym środku Sahary. / fot. Dreamstime.com
|
Timbuktu: symbol tego, co niedostępne, odległe, tajemnicze i bogate. Miasto w sercu Afryki. Na granicy między Afryką islamską i czarną.
|
Stolica pustynnych wojowników Tuaregów, pełna bogactw, siedziba ogromnej biblioteki. Symbol tajemniczej Sahary. Nazwa przywodzi na myśl dawne karawany i podróżników, którzy w pogoni za mitem nieraz oddali życie, aby dotrzeć do granic znanego świata.
Dziś wprawdzie nikt nie oddaje tu już życia, za to turyści wylewają siódme poty w pustynnym upale północnego Mali albo spore sumy za wynajem wiozącej ich z nurtem Nigru łodzi czy też starego, ale wciąż sprawnego samochodu z napędem na cztery koła. Wszystko po to, aby móc powiedzieć, że dotarli do miejsca, do którego niegdyś wstęp dla Europejczyków był zabroniony. Zwykle czeka ich rozczarowanie i zdezorientowani stają w pyle brudnej uliczki między glinianymi domami, otoczeni przez natrętnych sprzedawców zardzewiałych mieczy odzianych w niebieskie przebrania nomadów.
To jest to miejsce, do którego dotarcie kosztuje tyle poświęceń? I tu tandeta i bylejakość, blaszane rudery i plastikowe torebki mają pozbawić ich złudzeń? Gdzie jest ta mityczna metropolia, ośrodek potęgi, bogactwa, nauki? Czy nic nie pozostało z królestwa pustynnych rycerzy w błękitnych szatach i białych turbanach? Czyżby trzeba było szukać dalej? Gdzie jest teraz
stolica dumnych Tuaregów? Gdzie przejażdżka na wielbłądzie nie będzie cepeliadą, a koniecznością, jeżeli chce się gdzieś dalej dotrzeć? Gdzie zaproszą nas do domu nie po to, aby sprzedać pamiątki, tylko z autentycznej ciekawości i gościnności? Są takie miejsca. Ale potęga bezpowrotnie odeszła w świat mitu.
Kidal to miasto położone na północy Mali, w głębi Sahary, w skalistym regionie, który Tuaregowie nazywają Adrar des Iforas. Dziwnie jest mówić o stolicy czy w ogóle mieście nomadów, ale jeżeli coś takiego istnieje, to jest to właśnie Kidal. Na północ od położonego nad Nigrem Gao, na południe od algierskiej granicy, naprawdę daleko od Timbuktu. Nie dociera tu żaden autobus, bo nie wiedzie tu żadna droga. Dla nieposiadających własnego transportu jedyną opcją jest zniszczony pickup, który raz na jakiś czas rusza z Gao, wyładowany po brzegi towarami i ludźmi. Za lepsze miejsca z przodu, obok kierowcy, trzeba więcej zapłacić, mimo że kurz i tam bezlitośnie wdziera się w każdy zakamarek. Wyboje, dziury, czasami piaskowe wydmy zasypujące ją całkowicie nie pozwalają na użycie określenia droga, ale ta pustynna pista po wielu godzinach jazdy ostatecznie doprowadzi wytrawnego kierowcę do Kidal, stolicy największego administracyjnego regionu Mali i zarazem największego miasta zamieszkałego głównie przez Tuaregów.
Podobnie jak w przypadku drogi znowu jest jasne, że słowa z naszego europejskiego słownika nie do końca znaczą to samo w tutejszych warunkach i ciesząc się na myśl o mieście, trzeba zadowolić się kilkunastoma przecinającymi się uliczkami pozbawionymi jakiegokolwiek asfaltu, zaś cywilizacja oznacza tak ważne dla podróżującego przez Saharę atrakcje jak zimny prysznic, działająca lodówka czy bar z muzyką i piwem. Tak, wprawdzie Mali jest muzułmańskim krajem, ale w tutejszym barze można spotkać śliczne dziewczyny o twarzach niezakrytych żadnym czadorem, a przy odrobinie szczęścia trafić na tuareską dyskotekę czy koncert uwielbianych tu zespołów grających lokalnego bluesa na elektrycznych gitarach.
Informacji o tym nie da się znaleźć w żadnej gazecie ani przewodniku – bo do Kidal turyści w zasadzie nie docierają. Nie leży ono na szlaku żadnej z wycieczek organizowanych przez biura podróży, nie poleca go Lonely Planet, co więcej, co jakiś czas wybuchająca rebelia Tuaregów odcina go od reszty kraju. Ale właśnie dlatego warto się starać, bo to miejsce niezwykłe. Nie ma tu wprawdzie monumentalnych meczetów jak w Djenne, nie ma też tańczących w maskach Dogonów. Z tego plemienia pochodzą wprawdzie liczne czarne dziewczyny spotykane na ulicach, ale to służące – czy prawie niewolnice – Tuaregów, zajmujące się ich domami za trochę ryżu z sosem i opiekę. Bo Tuaregowie nadal mają niewolników, czemu wprawdzie często zaprzeczają, ale pobyt w Kidal dowodzi czegoś innego.
Miasto utrzymuje się z przemytu. Od niepamiętnych czasów obok stad, jakie należały do Tuaregów, największy dochód przynosił im handel i rabunek, a czynności te często rozdzielała bardzo wąska granica. Rozległe połacie Sahary pozwalały im na sporo niezależności. Wytworzyli więc specyficzną strukturę społeczną, no i przy okazji poczucie wyższości w stosunku do czarnej ludności i jej stylu życia. Bo Tuaregowie uważają się za białych, a plemiona z południa za godne co najwyżej pracy na ich rzecz, ewentualnie złupienia. Tak było od dawna i zmiany po dekolonizacji, kiedy to centrum władzy znalazło się w Bamako, na południu, bardzo się im nie podobają.
Oczywiście plemiona takie jak Bambara po przejęciu kontroli nad nowo powstałym państwem Mali nie przepuściły okazji, by swoją pozycję budować między innymi na dyskryminacji nomadów z północy. Reakcją na to są kolejne powstania Tuaregów, wybuchające już regularnie od kilkunastu lat, a finansowane właśnie z działalności na granicy prawa. Zresztą co właściwie znaczy prawo na pograniczu? Kidal położone jest na szlaku wiodącym do Algierii, którym w jedną stronę płyną towary od dużo bardziej rozwiniętego sąsiada do Mali, zaś w drugą głównie rzeka czarnych emigrantów, za wszelką cenę usiłujących dostać się do Europy. Tuaregowie ochoczo pośredniczą w tym procederze, szmuglując ludzi i dobra przez dziurawą saharyjską granicę. A z sąsiedniego Nigru, zamieszkanego przez ich braci ze spokrewnionych klanów, sprowadzają broń, dostarczaną tamtym z kolei przez dobrego wujka wszystkich pustynnych nomadów, Muamara Kaddafiego. Liczne punkty kontrolne na tak zwanych drogach obsadzone przez ludzi z rządowych wojsk niewiele są w stanie zdziałać, bo drogą Tuaregów, którzy dawno zamienili wielbłądy na terenowe Toyoty, jest rozległa pustynia, zwana przez nich Tenere.
Szef jedynej w Kidal turystycznej agencji wynajmującej sporadycznym gościom terenowe auta i reprezentacyjne wielbłądy, Cheikh ag Baye, wygląda groźnie i majestatycznie, gdy zawinięty w ogromny turban indygo siedzi za swoim biurkiem w klimatyzowanym biurze, jednym z nielicznych w centrum Kidal. Respekt, jaki się wobec niego czuje, jest uzasadniony – brat szejka to jeden z przywódców tuareskiej rebelii. Choć oficjalnie nie ma go w mieście, bo przebywa z towarzyszami w ich pustynnej kwaterze, wszyscy wiedzą, że rebelianci nocą odwiedzają swe rodziny pozostałe w mieście. I malijskie oddziały niewiele mają do powiedzenia.
Dom Cheikha, gdzie zostaję zaproszony, jest typowy dla Kidal, wprawdzie zamożniejszy od innych, ale również obsługiwany przez licznych służących. To ważna nauka, tu, na Saharze, jest tak gorąco, każdy ruch wydaje się tak męczący i zbędny, że każdy, kogo stać, aby przynajmniej część codziennych prac zlecić komuś innemu, trzyma sobie pomocników. Czasem płatnych i wolnych, a czasem, z różnych powodów, zmuszonych pozostawać przy swoim panu. Zresztą granica między tymi formami służby jest tu bardzo cienka, czasem wolność w trudnych warunkach miałaby zbyt wielką cenę i ważniejsze jest bezpieczeństwo i pewna miska jedzenia niż możliwość odejścia – tylko gdzie?
Część służących i niewolników, zawsze czarnych, pochodzi z tradycyjnie pozostających w posiadaniu Tuaregów grup etnicznych z północy, inni to na przykład Dogoni, czy raczej Dogonki. To je widać przed glinianym meczetem, przy studni, gdy napełniają wielkie plastikowe baniaki wodą, czy na podwórku domu szejka , siedzą wpatrzone w transmitowaną przez malijską telewizję wenezuelską telenowelę.
Bez czarnych robotników miasto zapewne przestałoby funkcjonować. Dla Tuaregów, nomadów od pokoleń, zawsze było obcym tworem, symbolem znienawidzonego państwa, ograniczeń, podatków. Teraz wprawdzie niektórzy mają tu swoje domy, ale prawie wszyscy utrzymują też namioty rozbite gdzieś w głębi pustyni, w których mieszka część ich rodziny, obok których pasą się stada, i gdzie oni sami, kiedy tylko mają szansę, uciekają z rozgrzanego miasta. Nawet ci najbogatsi, najbardziej szanowani, jak mer, wolą opuścić klimatyzowane biuro, w którym urzędują przed południem, i noc spędzić już pod gwiazdami na ukochanej pustyni. Dlatego też czuć tu na każdym kroku prowizorkę, tymczasowość, a mało który dom ma bieżącą wodę.
Woda zresztą, co normalne w sercu Sahary, jest tu dobrem luksusowym, a każda studnia centrum życia, otoczonym wielokolorową mozaiką chińskich plastikowych baniaczków. Nie marnuje się jej nawet na potrzeby ludzi, nie dziwi więc surowy, zapylony, krajobraz, w zasadzie pozbawiony zieleni. Tu i ówdzie widać wprawdzie wydarte pustyni ogrody, utrzymywane oczywiście przez czarnych robotników, ale warzywa, jakie w nich rosną, są tylko symbolicznym dodatkiem do diety Tuaregów, najbardziej ceniących kozie i baranie mięso, ryż czy pieczony w piasku chleb tagella.
Je się w zasadzie w domach, około południa, oraz drugi raz wieczorem, po zapadnięciu zmroku, bo na śniadanie zwykle jest jedynie kubek kawy. Nieliczne publiczne lokale, bo restauracja to zbyt szumne słowo, prowadzone są zwykle przez czarnych emigrantów z Gwinei czy Nigerii, w drodze na północ, do Europy, dorabiających sobie takimi biznesami jak sklepik, stragan z grillowanym mięsem czy minisalon fryzjerski. To zajęcia, którymi żaden szanujący się Tuareg się nie para. Wszędzie za to można napić się herbaty. Każdy sklepik, najmniejsza dziura w ścianie, zastawiony jest czerwonymi puszkami, mniejszymi lub większymi kartonami, workami i drewnianymi skrzynkami, wszystko wyładowane sypką, chińską mocną zieloną herbatą. To nektar Sahary, codzienny rytuał, śpiewa się o niej pieśni, rozmawia, celebruje, wiezie w sakwie przytroczonej do wielbłąda czy w zdobionej torbie u boku, parzy o każdej porze dnia i nocy. Rozlewana na małe szklaneczki, gotowana w imbryczkach, zawsze na palenisku z węglem drzewnym, tuareski narkotyk. Można nie jeść nic przez cały dzień, ale bez herbaty nie da się przeżyć. Towarzyszy nocnym sesjom pustynnego bluesa, jedna za drugą, daje energię, zwilża wysuszone gardło.
W nielicznych w Kidal barach sprzedają wprawdzie schłodzone piwo, ale większość Tuaregów ma je w pogardzie, jak mówią, to trunek czarnych, no i rozochoconej młodzieży na dyskotece, natomiast herbata, i czasem sprowadzona z południa kraju ganja, to wywołuje radość w sercu nomada, to powoduje, że chłopcy z Amanar, lokalnej gwiazdy, grają przez całą noc swe nostalgiczne pieśni.
Bo noc w Kidal to szczególny czas. Najpierw, późnym popołudniem, nadchodzącym tak powoli, piekielny upał wycofuje się z szerokich, zakurzonych ulic, ustępuje coraz dłuższym cieniom, a z domów wychodzi coraz więcej postaci, przed sklepami przy głównej ulicy wystawiane są kolejne krzesełka, życie rozpoczyna się i potrwa do późna. W czarnym świecie bez elektryczności, pod rozgwieżdżonym, czystym niebem Sahary, przy małych ogniach, przy żarzącym się pod imbryczkiem węglu, zawinięte w turbany postaci o błyszczących oczach zaczynają snuć opowieści o tym co zdarzyło się w ciągu dnia w Kidal, ale i na rozległych przestrzeniach Tenere.
To słowo klucz do zrozumienia ich świata, oznacza pustkę, miejsce otwarte, oznacza pustynię. Liczba mnoga to Tinariwen, i jest też nazwą największej gwiazdy tuareskiej muzyki, jaka właśnie z Kidal pochodzi. Bo temat pustyni, jako miejsca na ziemi, które tylko do nich należy, często powraca w pieśniach Tuaregów, śpiewanych w szorstkim, ale pięknym języku Tamashek, kiedyś przy akompaniamencie tradycyjnych instrumentów, teraz przy dźwięku elektrycznych gitar, zasilanych przez akumulatory wyjęte z terenowych Toyot. Członkowie Tinariwen, mimo światowej sławy, nadal wolą mieszkać w Kidal niż w dalekim Paryżu czy Nowym Jorku, a jego mieszkańcy są z nich naturalnie bardzo dumni, i powstało wiele podobnych grup, jak młodzi chłopcy z Tamakrist czy Amanar z charyzmatycznym liderem wyglądającym niczym herszt rozbójników.
Tinariwen i moda na elektrycznego bluesa w Tamashek narodziły się w obozach tuareskiej partyzantki w Libii, gdzie podczas kolejnego z powstań nomadowie znaleźli schronienie i fundusze od wspierającego ich Muamara Kadafiego. Obok broni kupili za nie elektryczne gitary i zaczęli śpiewać o niedoli swojego ludu, o rozległych przestrzeniach Sahary, o miłości do swych pięknych kobiet. Sam język Tamashek jest przyjazny poezji, prostej, pozbawionej zbędnych ozdobników, poezji takiej jak otaczająca śpiewających rzeczywistość, gdzie każdy przedmiot i każde słowo ma znaczenie, w niekończącej się surowej przestrzeni.
W towarzystwie transowej muzyki, w piosenkach ciągnących się przez wiele, wiele minut (kto tu zresztą liczy czas) język Tamashek sprawdza się jeszcze lepiej i słuchając ich, łatwo zapomnieć, że jest się w mieście. Wydaje się że gliniane chałupy to tylko taki większy, bardziej solidny namiot, otaczający podwórko mur to inny rodzaj zwykle uplecionej z kolczastych gałęzi zagrody dla kóz, a Tenere, czyli pustynia, która i tak stale wdziera się do każdego z saharyjskich miasteczek przegrywających walkę z piaskiem, teraz ostatecznie przyszła do nas.
Tekst: Światosław Wojtkowiak
Informacje i artykuł pochodzą z ekskluzywnego miesięcznika VOYAGE.
|